Jako że jestem relatywnie młodym tłumaczem języka angielskiego, nie czuję się na siłach występować w roli wszechwiedzącej wyroczni, która bez pardonu wytyka błędy kolegom i koleżankom po fachu. Dlatego moje wpisy mają bardziej ogólny charakter. Poza tym, trzeba pamiętać o pewnej relatywności krytyki tłumaczenia. To, co dla jednego tłumacza będzie świetnym rozwiązaniem, dla drugiego może być zupełnie błędne. Dotyczy to również relacji tłumacz-klient. Pamiętam, że tłumaczyłam kiedyś jakiś rodzaj umowy dla pewnej firmy. Po wysłaniu tłumaczenia do zleceniodawcy otrzymałam bardzo nieprzyjemnego maila od pani, która przyjmowała zlecenie na tłumaczenie. W kilku zdaniach  ściągnięto moje umiejętności do parteru – nie będę się już wdawać w szczegóły, zwłaszcza, że szczegółów tam żadnych nie było, ogólne słowa dużej dezaprobaty związanej z moim tekstem. Jako że jestem ambitnym człowiekiem i bardzo źle reaguję na słowa tak ostrej, nieuzasadnionej krytyki, chciałam dowiedzieć się chociaż o jakie błędy i wypaczenia w tłumaczeniu chodzi i ewentualnie czy mogę jakoś je poprawić. W odpowiedzi otrzymałam bardzo krótkie zdanie: „Pani Moniko, pani tłumaczenie mi się tak ogólnie nie podoba, proszę wysłać fakturę na adres taki i taki…”.

Errare humanum est – wszyscy popełniamy jakieś błędy, nawet autorzy tekstów oryginału. Błąd znalazłam nawet, w tak często cytowanej na moim blogu, książce Zofii Kozłowskiej:

Źródło: Zofia Kozłowska „O przekładzie tekstów naukowych”

To zwykła literówka, która w żaden sposób nie wpływa na odbiór tekstu, pozwoliłam sobie jednak ten błąd „wytknąć” aby pokazać, że pewien margines błędów w pracach i tłumaczeniach naukowych jest dopuszczalny. Mówi się nawet, że błędy w tłumaczeniu to „ślady tłumacza” co pozwala popatrzeć na błędy jako na dowód, że tłumaczenia dokonywał człowiek, który jest zwyczajnie, po ludzku, omylny.

Monika Matykiewicz Autor wpisu: Monika Matykiewicz
Tłumacz języka angielskiego
W sprawie wyceny tłumaczenia proszę o kontakt pod adresem e-mail: monika@frogtranslation.com